|
czwartek, 05 czerwca 2008
Zapraszamy na nową stronę z blogiem:
www.zapiskizkrakowa.blog.onet.pl
Nowe zdjęcia i teksty!!! Warto!!!
czwartek, 29 maja 2008
Można zaryzykować stwierdzenie, że od stuleci nie mieliśmy w rodzie Polaków tak dzielnego człowieka. W wojaczce, bohaterstwie, poświęceniu, patriotyzmie. We wszystkich żołnierskich cnotach. I od razu dopowiem: obawiam się, że na stu zapytanych Polaków o kogo chodzi, co najmniej pięciu nie będzie miało zielonego pojęcia. Według europejskich mierników dzielności (?) Witold Pilecki uznawany jest za jednego z sześciu najbardziej odważnych ludzi drugiej wojny. Zapytam więc: co więcej trzeba zrobić, aby w europejskiej skali (tu także?) zasłużyć na miano najodważniejszego z odważnych? Otóż Witold Pilecki, żołnierz legionów Józefa Piłsudskiego, uczestnik kampanii wrześniowej (bił się z bronią w ręku niemal do połowy października), konspirator i żołnierz Armii Krajowej. Dobrowolny więzień KL Auschwitz (dał się złapać w ulicznej obławie niemieckiej w Warszawie, aby zostać zesłanym do obozu koncentracyjnego), gdzie na własnej skórze chciał sprawdzić niemieckie zbrodnie popełniane w obozie. Potem napisał raport i przesłał go zachodnim aliantom. Po niemal trzech latach pobytu w Auschwitz i zorganizowaniu tam konspiracyjnego ruchu oporu, udało mu się zbiec z obozu; wziął udział w Powstaniu Warszawskim, skąd został zesłany do obozu w Murnau. Po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie, zaciągnął się Pilecki do Drugiego Korpusu generała Andersa we Włoszech. Po włoskiej kampanii znalazł się w Anglii, skąd na rozkaz dowódcy przedostał się do "ludowej" Polski, gdzie podjął działalność konspiracyjną. Aresztowany przez bezpiekę w roku 1947, został poddany bestialskiemu śledztwu, w wyniku którego skazano go na śmierć. Przesłuchiwali go i sądzili enkawudowscy prokuratorzy i sędziowie w polskich mundurach, stracono 25 maja 1948 roku sowiecką metodą: strzałem w tył głowy. Sądowi zabójcy nigdy nie zostali osądzeni, niektórzy z nich do niedawna jeszcze pracowali w polskiej prokuratorze i adwokaturze. I taka także może być "sprawiedliwość"... W 60 rocznicę śmierci rotmistrza Witolda Pileckiego odbyła się w Krakowie, w alei zasłużonych w Parku Jordana autentycznie patriotyczna manifestacja odsłonięcia popiersia Pileckiego. Stanął obok pomników Andersa, Fieldofa "Nila", Kuklińskiego. Wkrótce przybędzie tu Okulicki "Niedźwiadek". Panteon narodowej chwały. Mówię o patriotycznej manifestacji, bo już dawno w tak prawdziwym zgromadzeniu nie brałem udziału. Kompania honorowa Wojska Polskiego, i oczywiście podhalańczycy w swoich paradnych mundurach. Salwa honorowa. Harcerze, ułani na koniach, hymn narodowy i Boże coś Polskę. Przemówienia i msza polowa. I obecność na tej podniosłej uroczystości córki i syna rotmistrza. Którego życiorys, żołnierskie czyny i bohaterstwo lat wojennych i pierwszych powojennych w ujarzmionym kraju, stanowią gotowy scenariusz wielkiego filmu epickiego. Obawiam się jednak, że widz tego obrazu nie dałby wiary dokonaniom Witolda Pileckiego. Tymczasem słyszę, że w Hollywood nakręcono film o rzekomym partyzancie Tewje Bielskim, który na Nowogródczyźnie miał dowodzić żydowskim oddziałem, walczącym z Niemcami. Tymczasem IPN ma dokumenty, które wyraźnie stwierdzają, że rzekomy bohater, to ostatni łobuż i morderca, który m.in. spacyfikował polską wieś na tym terenie i wybił 120 jej mieszkańców. Tewje był sowieckim bojcem, działającym na zapleczu swojej armii. Bielskiego w hollywódzkiej superprodukcji gra Daniel Craig, czyli agent 007, alias Bond. James Bond. Z kolei autor powieści, na podstawie której zrealizowano film, Nechawy Tec opisał Armie Krajową jako wojsko podziemne, które współpracowało z Niemcami, a generał Bór -Komorowski wydał rozkaz mordowania Żydów. I jeszcze dwa słowa w temacie. Wiele lat temu, kiedy nie utworzono jeszcze w byłej siedzibie gestapo na ulicy Pomorskiej w Krakowie muzeum walki i męczeństwa, w jednym z lochów gestapowskich zobaczyłem wyryty na ścianie napis: dulce et decorum est pro patria mori. Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę. Takie były kiedyś pokolenia Polaków. A teraz nieco lżejszy temat. W minioną niedzielę odbył się w Krakowie, ulicami starego miasta maraton chodziarzy, ze startem i metą oczywiście na Rynku. Ciekawa impreza, może nieco nienaturalny jest chód zawodników, ale pamiętajmy, że Robert Korzeniowski był w tej konkurencji czterokrotnie złotym medalistą olimpijskim. Zaś sam chód, to mordercza dyscyplina. A po sporcie, na rynkowej estradzie wystąpił Andrzej Sikorowski i jego zespół "Pod Budą". Lubię to granie, te piosenki i zabawne słowa, zwykle jednak z wyraźnym podtekstem. "...Ale to już było / to już jest za nami / choć w papierach lat przybyło / to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami..." Nie piękne? Z chęcią biorę je do siebie. Z rodziną Sikorowskich mam ja swoje, z zamierzchłych lat wspomnienie. Moim pierwszym naczelnym redaktorem, a działo się to w "Echu Krakowa", był Tadeusz Sikorowski, ojciec Andrzeja. Uroczy pan, więzień Auschwitz. Kiedy zdechł stalin, Sikorowski wezwał mnie do siebie i zaproponował wstąpienie do partii. Że świat ogarnął smutek i ogłoszono nabór do komunistycznej partii. Wykręciłem się młodym wiekiem, początkiem pracy dziennikarskiej; niech ja się tej partii najpierw przypatrzę - odpowiedziałem Sikorowskiemu. Poskutkowało. A potem raz, drugi i trzeci namawiano mnie na partię, ale zawsze odmawiałem. Okazało się jednak, że partia o mnie nie zapomniała. W wojnie jaruzelskiej, w lutym 82 partia przeprowadziła w redakcjach w całej Polsce niesławną weryfikację dziennikarską, badając jedynie walory polityczne redaktorów. Pracowałem w "Dzienniku Polskim" w Krakowie, oczywiście zgodnie z przewidywaniami partia podziękowała mi za pracę, czyli wywaliła z redakcji. Brutalnie i bezwarunkowo. Pozbawiono mnie pracy, ale zawodu nie mogli mi komuniści odebrać. I jestem w nim do dziś. Aha, kiedy po latach od momentu stawienia się u Sikorowskiego zapytałem go, dlaczego akurat ja i skąd ten pomysł o partii, na to Tadeusz: mnie także wezwano do komitetu wojewódzkiego i kazano zwerbować co najmniej jednego członka partii. I padło na ciebie. A że nie wyszło, to trudno. Ale to już było, i nie wróci więcej ... Znów Sikorowski. http://www.pspl.prv.pl/
poniedziałek, 26 maja 2008
Stoję na Rynku Głównym w Krakowie, na procesji Bożego Ciała, bo ona tu najpiękniejsza. I tak sobie myślę o kunszcie i mądrości trzynasto-, a może i dwunastowiecznych koncepcjonistów, którzy w tamtym czasie umyślili tak ogromny plac, że on do dziś jest najlepszym w mieście rozwiązaniem komunikacyjnym. Z tym, że od wielu lat ruch tu wstrzymany. Nie ma aut, są nie jakieś dawniejsze fiakry, ale dostojne landa; są rowery, wózki elektryczne. Dzisiejszym urbanistom jedynie uczyć się tamtej sztuki średniowiecznej, podobnie i architektom. Ówcześni stworzyli przed kilkuset laty przepiękny kościół świętej Katarzyny na Kazimierzu, a współczesny, z bożej łaski architekt tworzy stadion Wisły. Jaki nadałby może rangę (swoją wielkością, nigdy formą) małej mieścinie powiatowej, ale nigdy współczesnemu Krakowowi. Ale wracam do procesji. Ta krakowska, z Wawelu na Rynek, należy do jednej z najbardziej strojnych i uroczystych w Polsce. Idą w procesji relikwie polskich świętych, idzie statuetka Matki Boskiej Ludźmierskiej. Idą księża i siostrzyczki, idą maltańczycy i kawalerowie Grobu Bożego. Są sztandary wielu organizacji. Paradnym krokiem maszeruje kompania honorowa Wojska Polskiego, w Krakowie są to podhalańczycy w swoich zielonych pelerynach i w kapeluszach z białymi piórami. To piękna forma uczczenia tego wielkiego kościelnego święta. Pod baldachimem kardynał krakowski Stanisław Dziwisz z monstrancją, który przy czwartym ołtarzu wygłosił homilie, i w niej poruszył najważniejsze dziś dla Polaków sprawy - aborcja, niska dzietność, mała troska o rodzinę, ataki na Kościół, wrzaskliwa propaganda niekatolickich zachowań. Tu wypomniał, że ulice Krakowa nie mogą być miejscem nieprzystojnych i obrażających moralność i poczucie przyzwoitości zgromadzeń i pochodów ludzi, którzy propagują obce nam trendy. Tegoroczna procesja, normalnie wyruszająca z Wawelu ulicą Grodzka na Rynek, na skutek remontu tej ulicy, ograniczyła się do tego swoistego salonu miasta. Wyruszyła spod kościoła Mariackiego, okrążyła plac i powróciła do Mariackiego. Ludzi, jak zawsze dużo, w tym sporo turystów. Lubię ten czas na krakowskim Rynku, napatrzę się na pałace i mieszczańskie kamienice rynkowe, i jak powiedziałem na wstępie, podziwiam tamtych budowniczych i chwalę ich za to, co stworzyli. Dzisiejsi natomiast inżynierowie nie potrafili obliczyć wytrzymałości remontowanej niedawno płyty rynkowej, na którą nie może wjechać śmieciarka i beczkowóz, bo wszystko runie. A pod spodem są pozostałości Wielkich Kramów, czyli kupieckich stoisk ze średniowiecza. I stad niemal pół Rynku do dziś zagrodzone. Majchrowski, prezydent Krakowa, dbający przede wszystkim o swój medialny wizerunek, nie potrafi się z tym fantem uporać. Ale przed paroma miesiącami uporał się z dziennikarskim klubem "pod Gruszką", który kazał zamknąć, bo jakieś pieniądze podobno niespłacone. Ale i środowisko dziennikarskie Krakowa mało spójne, mówiłem o tym na niedawnym zebraniu wyborczym naszego stowarzyszenia. Nie ma młodych, wielkich nazwisk dziennikarskich, nie ma indywidualności, to nie ma i autorytetu. W ten sposób można było jednym podpisem pozbawić dziennikarzy pięknego i zadbanego klubu w centrum miasta, z rewelacyjną salą Fontany. Tą salą, o której kiedyś pisałem, bo była podobno łazienką królowej Marysieńki. A tu jeszcze dwa lata z Majchrowskim... Oglądam środowy mecz moskiewski, Manchesteru z Chelsea. Stawką jest puchar Europy, ale chłopaki walczą, jakby o życie chodziło. To prawda, że chodziło o gigantyczne pieniądze, ale nie tylko to sprawia, że piłkarze dają z siebie wszystko. Taki jest współczesny, wielki futbol. Którego nasze chłopaki jeszcze nie pojęły. Jeszcze nigdy nie widziałem polskich piłkarzy walczących z taką determinacją o każdą piłkę, o każdy metr boiska. Nigdy nie widziałem w nich tyle serca i chęci gry. Nie mówię o samych umiejętnościach piłkarskich. I na marginesie tego spotkania: była w telewizji mowa o katastrofie lotniczej pod Monachium sprzed dziesiątków lat. Zginęło w niej siedmiu piłkarzy Manchesteru, uratował się m.in. będący na moskiewskim meczu Bobby Charlton. I przypomniał mi się epizod sprzed wielu lat, kiedy poznałem prezydenta Międzynarodowego Klubu Dziennikarzy Sportowych (nazwiska nie pomnę), dziennikarza, który jako jeden z nielicznych uratował się z tamtej katastrofy. Siedział w tylnej części samolotu, a ona podobno najbardziej bezpieczna. Jeżeli w przypadku katastrofy lotniczej można w ogóle mówić o bezpieczeństwie i ewentualnym ratunku. A parę dni temu była inauguracja sezonu wycieczkowego 08, oczywiście moja ulubiona Koskowa. Ludzi w ogóle, w drodze na szczyt i początkowo na samej górze, żywego ducha. I dopiero wtedy góry stają się naprawdę ludzkie i piękne. A z Koskowej (Beskid Średni czyli Myślenicki) widok na wciąż jeszcze zaśnieżoną Babią Górę, na Pilsku także trochę w śniegu, a hen ku południowi majaczące w lekkiej mgiełce Tatry. Oczywiście na biało i na upartego można by jeszcze tu i ówdzie pojeździć na nartach. Rzecz jasna, że wszystkie narciarskie urządzenia już od tygodni nieczynne, kolejka na Kasprowy wywozi jedynie letnich turystów. P.S. 1. Palikot, poseł platformistyczny, zostanie nareszcie ukarany jakąś klubową karą. Okazało się, że na prezydenta RP mógł Palikot nadawać bez ograniczeń, pośliznął się na ojcu Rydzyku. Widać, on wyżej stawiany w klubie tego pożal się Boże, posła, niż Lech. A może to wszystko ukartowane? P.S. 2. Przed chwilą mówiłem tu o zabójcach zwierząt. A co powiedzieć o mordercach własnych dzieci? Słów braknie. P.S. 3. Przepraszam za parudniową przerwę w pisaniu. Jacek - wydawca ni w pięć ni w dziewięć wybrał się familiarnie na Węgry, zadzwonił z zawiadomieniem, że jest w ciepłych źródłach i wraca w niedzielę...
poniedziałek, 19 maja 2008
...zwierz zdrów przebiega knieje, To jest Szekspir, "Hamlet", akt III. Akt czwarty, to powinna być bardzo wysoka kara dla zabójcy łosia przed paroma dniami na ulicach Warszawy. Biedny zwierzak zaplątał się ze swoich podwarszawskich lasów na przedmieściach stolicy, tam skołowany i przerażony kręcił się w kółko, aż jakiś wezwany "na pomoc" myśliwy zastrzelił go ze swojej fuzji. Dubeltówki, karabinu, sztucera. Nie broń jest ważna, lecz efekt. Łoś padł rażony śmiertelną kulą, co w całej okazałości pokazała telewizja. I za moment podobną scenę, lecz ze szczęśliwym happy endem. Łosia postrzelił nie bandyta, lecz człowiek nabojem usypiającym. Łoś także padł, za moment zjawili się ludzie, którzy uśpionego zwierzaka wywieźli z powrotem do lasu. Scena zastrzelenia łosia była przerażająca i porażająca. I poniżająca nas, ludzi. Gatunek homo sapiens. Czyżbyśmy już tak do cna zdziczeli, pozbyli się ludzkich odruchów i zatracili człowieczeństwo, że zabijamy w biały dzień, pośród tłumu ludzi i niejako z ich przyzwoleniem, niewinnego mieszkańca polskich lasów? Który od wieków przyjaźnił się z człowiekiem, nie był dla niego groźny, a był jednocześnie ozdobą lasu? Warszawski przypadek potwierdzał by te wszystkie niedobre ludzkie przymioty. Jeżeli z zimną krwią zabija się zwierze będące pod ścisłą ochroną i do tej pory nie usłyszeliśmy słowa potępienia dla zabójcy i wyjaśnienia okoliczności tak nikczemnego czynu, to chyba czas nam wszystkim odchodzić. Bośmy niegodni miana człowieka. Łoś nie jest zwierzęciem groźnym, a jego zagubienie w mieście i ucieczka z lasu, to efekt działalności człowieka. Który coraz mocniej wchodzi ze swoją pseudocywilizacją w głąb siedlisk zwierząt, zabiera im ich mateczniki, usiłuje scywilizować dzikich lokatorów polskich lasów. Uczynić z tej dzikości zabawę i chwilową rozrywkę. Czymżeż innym było zabicie młodego niedźwiedzia w dolinie Chochołowskiej w Tatrach, jak nie chwilową zabawą, a potem strachem wywołanym reakcją przerażonego zwierzaka. Który we własnym domu poczuł się zagrożony i pozbawiony swoich odwiecznych przywilejów. A przed paroma tygodniami zabójstwo bociana, gdzieś na północy kraju, który leciał na swoje letnie siedlisko kilka miesięcy, aby tu w Polsce, kochającej te wielka i wierne nam ptaszyska, znaleźć śmierć z ręki złego i głupiego człowieka. Łoś, niedźwiedź, bocian. Sarna, którą widziałem w Lesie Wolskim pogonioną przez spuszczonego z linewki potężnego psa, ale szczęściem, on nie dopadł przerażonego mieszkańca podkrakowskiego lasu. Zaś zły człowiek, właściciel czworonoga z lubością patrzył, jak pies goni małą sarenkę. Patrz pan, jakiego mam dzielnego psa, wydawał się mówić ten niby-człowiek. Na zwróconą uwagę wybąkał jedynie bezczelne - a co to pana obchodzi... A ci idioci, co to pchają się w góry, skąd po chwili nie mają odwrotu. A te hordy motocyklistów - dawców organów, którzy wyprzedzają nas na ulicach miast i na szosach z szybkością kuli karabinowej. A ci pijani zabójcy, mordujący niewinnych ludzi na szosach, i potem dostający w sądach po trzy, cztery lata więzienia, czasem w zawieszeniu, i nie daj Bóg opublikować ich nazwisko i portret. To wszystko układa się w jeden logiczny ciąg zdarzeń i zachowań. To wszystko układa się w logiczną całość. W las podrzuci się stare wiadro, zużytą oponę, wypalony akumulator i wersalkę, na którą nie ma już miejsca w wiejskim salonie. W potoku umyje się auto, przed świętami wytnie jodełkę, w młodym zagajniku wydepcze się ścieżkę. A na koniec wyrzuci na leśną ściółkę wypalonego peta. Tak współczesny człowiek postępuje z przyrodą. Z przyrodą, która przez całe stulecia człowieka żywiła, dawała mu schronienie, las latem dawał cień, zimą ciepło. W pogoni za nowoczesnością, która najczęściej przejawia się kupnem plazmowego telewizora, "wypasionej fury" (jakież to głupie i prostackie określenie) i zimowym wyjazdem w azjatyckie i afrykańskie ciepła, zapomnieliśmy o podstawowej powinności współczesnego człowieka: o uczciwości, dobru na co dzień, i tej zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. I godności.. A jeżeli odchodzi Irena Sendlerowa, to żal tym większy, bo świat utracił wielką część swojego człowieczeństwa. 18 maja, wielka data w polskim kalendarzu. Urodziny Karola Wojtyły (1920) i zdobycie przez żołnierzy Drugiego Korpusu generała Władysława Andersa wzgórza Monte Cassino (1944). To, czego nie dokonały wcześniejsze szturmy oddziałów hinduskich, brytyjskich i alianckiich, dokonali Polacy. Których potem, po zakończeniu działań wojennych na kontynencie, nie zaproszono do zwycięskiej defilady. Tak Brytyjczycy odpłacili się tym, którzy ich wyspę w roku czterdziestym uratowali przed niemiecką Luftwaffe.
wtorek, 13 maja 2008
Jakoś wiosna nie może się przebić do końca i pogoda trochę nijaka. Piękna jest natomiast zieleń, tylko w maju ona tak zielona. A śpiew ptaków, jakby najpiękniejsze skrzypki grały w filharmonii. Tymczasem Anka przysyła mi internetową powiastkę o bocianach, trwa multimedialna transmisja z bocianiego gniazda, jak mama bocianowa przykrywa sobą pisklęta, jak je karmi, a potem przylatuje tata bocian z kolejną porcją jedzenia. Nie wiem czy to moralne do końca tak podglądać prywatne życie żywego stworzenia, ale sądzę, że robimy to dla dobra nauki. Ale nie o tym chcę. Przeraża i jednocześnie zdumiewa pomysłowość i umiejętność człowieka, który zakłada kamerę na bocianim gnieździe i zagląda w intymne, jakby nie było, ptasie czynności. Poczekam aż internet zrekonstruuje na żywo pogrom turka pod Wiedniem i pokaże Jana Trzeciego, jak podkręca wąsa i zmusza Leopolda do ściągnięcia kapelusza. Albo jak Kolumb po wylądowaniu na obcej ziemi ściska Indianina myśląc, że to aborygen. I takie tam różności.
Taki był czas niedawno w Polsce. Jest w Rodakach święto chleba i jest tam w ogóle wszystko, co można w takiej niewielkiej wsi wymyślić. Łącznie z konkursem kaligrafii w podstawówkach.
Dziś to może do młodych nie dotrze, ale bywało w tym kraju i w tamtym czasie, że urzędnik cenzury czy innej komórki partyjnej mógł jednym podpisem unicestwić geniusza. Tak zrobiono z Gałczyńskim. Miłosz nie mógł w Polsce w ogóle publikować, jedynie noblistka w dziedziny literatury, dzięki peanom na cześć Stalina tworzyła, pisała, wydawała.
czwartek, 08 maja 2008
Pisze mi Bieta, która tam, za oceanem, ogląda od czasu do czasu jakąś polską telewizję, gdzie nieodmiennie musi być o lekarzach, strajkach, odchodzeniu od łóżek, zamykaniu kolejnych szpitali - że to jakiś kolejny polski obłęd. Taka jest reakcja nowojorżanki na to, co my w Polsce mamy na co dzień. W Ameryce, gdyby lekarz odszedł od łóżka pacjenta, niemal natychmiast utracił by licencje i wylądował na dodatek w sądzie. Amerykański system opieki zdrowotnej też nie jest najwyższej sorty, ale daj Boże, aby choćby taki funkcjonował u nas przez co najmniej następnych sto lat. Bo tu nie ma żadnej realnej wizji poprawy obecnego stanu, Polska znajduje się w totalnej zapaści służby zdrowia. Już nie pomogą doraźne dotacje kilku milionów złotych na jeden czy drugi szpital, za moment to wszystko i tak się rozpadnie. Nie będzie karetek, nie będzie pogotowia ratunkowego (a już go w zasadzie nia ma), nie będzie lekarzy (jest taki mierny dowcip o lekarzach, którzy odstąpili od łóżek pielęgniarek), bo ich nawet żądane dziś 12 tysięcy nie zadowoli. Tak zwany biały personel medyczny znów wyjdzie na ulice albo okupować będzie placyk przed radą ministrów. Ale na to się raczej nie zanosi, poprzedni protest był dokładnie przemyślany i reżyserowany i obliczony na wywołanie politycznego zamętu. Jak sie zwał tak się zwał, jesteśmy w przededniu całkowitego krachu medycznego i już chyba tylko czuwający nad nami z nieba Jan Paweł może nas uratować. Ale on też ma swoje nerwy. Uwierzyć w cuda... Jest inny polski cud i on się zwie długi weekend. Pisałem o tym chwilę temu, ale nie znałem wówczas statystyk tych dni. Dwa i pół tysiąca zatrzymanych pijaków za kierownicą (a wielokrotnie więcej zapewne nie schwytano), 850 rannych w wypadkach samochodowych i 55 zabitych. Trzeba wielu miesięcy wojny w Iraku i w Afganistanie, aby taki bilans uzyskać. Z Zakopanego do Krakowa (100 km) jechało się sześć godzin, ale wcześniej dwie godziny trzeba było odstać na rondzie na końcu Chramcówek, aby wyjechać na krakowską szosę. Zakopianka na odcinku Kraków-Myślenice remontowana jest od wielu miesięcy, co raz z jednej nitki drogi przejeżdża się na drugą, co w sposób kapitalny przedłuża jazdę. To, co w normalnych krajach europejskich załatwia się w kilka miesięcy, a może nawet tygodni, u nas jest celebrowane przez lata. Kilka lat temu, kiedy oddawano do użytku nowy odcinek podwójnej drogi zakopiańskiej na Obidowej, na jej uroczyste otwarcie przyjechał premier Miller. Normalnie załatwia to wójt gminy. Taka jest w Polsce celebracja. Ale patrzę ja na tych drogowców krakowsko - myślenickich. Jeden coś tam dłubie w ziemi, pięciu podpiera się łopatą. Wywrotki stoją i czekają na rozładowanie, a za moment zamykany jest kolejny odcinek drogi. W tym tempie, to my nie tylko nie zbudujemy tysiąca kilometrów autostrad na piłkarskie święto europejskie, ale popsujemy to, co jeszcze jako tako się trzyma. Drogi w Małopolsce uważane są za jedne z najgorszych w kraju, a polskie drogi za najgorsze w Europie. Do tego dochodzi głupota i zbrodniczość pijanych kierowców, niemądrość weekendowców, którzy każdą zbitkę wolnych dni muszą spędzić w górach. Nad morzem, nad jeziorami. I jestem w dwustu procentach pewien, że za dwa tygodnie ten scenariusz się powtórzy. Znów kilka wolnych dni, sznur samochodów najpierw w stronę Tatr, po kilku dniach na odwyrtke. Nerwy, przekleństwa i jak zwykle, mało policji na drogach. I znów kolejny idiota wybierze się w taki zimowo-wiosenny czas na Mięguszowiecki nad Morskim Okiem w Tatrach, gdzie nie prowadzi żaden szlak turystyczny. I odpadnie od ściany, a toprowcy szukać go będą całymi godzinami, aby w efekcie odnaleźć zwłoki. Doprawdy, niezrozumiałe są poczynania rodaków. Zamiast wybrać się na Sularzówkę czy Kotoń, jeden z drugim musi iść w wysokie skaliste góry. A raczej w podtatrzańskie doliny, które zapełnione są weekendowiczami po sam dach. Zamiast pojechać w mało znaną miejscowość turystyczną, gdzie i ładniej i taniej i swobodniej, Polak musi do Zakopanego. Do Kołobrzegu, Międzyzdrojów, Sopotu, do Szklarskiej Poręby, Łagowa. Wydaje się, że przejmujemy francuski model rozpoczynania wakacji. Francuz wyjeżdża na nie nieodmiennie ostatniego czerwca, lipca, sierpnia i wie, że będzie stał w korkach kilkanaście godzin, nim dojedzie do Lazurowego Wybrzeża czy innego Chamonixa. Taki jest francuski obyczaj, ale żeby i polski? Z Jackiem natomiast wyjaśniliśmy sobie jego zamiłowanie do Krupówek. Twierdzi, że je kocha, ale niekoniecznie w tłumie, podobnie Gubałówkę i piwo tamże. A na wycieczkę latem w góry zapewne nigdy go nie namówię. A z ogniem olimpijskim na Mount Everest byś nie popędził? Notka. Dziękuję pani Magdzie za poprzedni wpis i wzajemnie pozdrawiam. Lanckoronę podobnie odbieramy.
poniedziałek, 05 maja 2008
Wiem, że każdy z nas najchętniej cały rok spędził by na Bahamach, Cejlonie i Malediwach. Zimą w Trzech Dolinach we francuskich Alpach, bardziej wybredni w Pirenejach, Andach, w Górach Skalistych. Choć zaręczam, że najlepiej jeździ się w Trzech Dolinach. Tymczasem pierwszy tydzień maja, to czas ogólnopolskiego lenistwa. Za krótko na Seszele, za długo na Kasprowy. Parę dni temu z Jackiem rozmawiamy, co robić w polskiego świętego Lenia. Przedstawiam Jackowi Szczawnicę, wyjazd krzesełkiem na Palenicę i potem zupełnie cudowny spacer - wycieczka grzbietem Małych Pienin w stronę Wysokiej i zejście do Jaworek. Stamtąd busem z powrotem do parkingu pod Palenicą, gdzieśmy zostawili samochód. Opisuję cuda wyprawy: idąc grzbietem mamy po prawej stronie całe pasmo Tatr, od Hawrania po Osobitą, po lewej Beskid Sądecki z Prehybą, Radziejową, Wielkim Rogaczem. Zaś na trasie grzbietowej, jakoś pośrodku, przepiękna hala z juhasami, owieczkami i żętycą prosto od krowy. A po zejściu do Jaworek świetna karczma cygańska z plackami i gulaszem. Można także dojść do doliny Białej Wody, wejść w Homole. Na całą moją długą opowieść Jacek ma krótką odpowiedź: jeżeli w ogóle Szczawnica, to samochodem od razu do Jaworek na placki i góra, to spacer krótki do Homoli. I powrót do Szczawnicy. Jacek tak naprawdę najbardziej kocha tłumne Krupówki. On lubi spacer po zakopiańskiej promenadzie, lubi zatłoczoną Gubałówkę, jedynie na nartach nie cierpi stania w kolejce. Ale tego nikt z nas nie kocha. (Od Jacka: dość tego szkalowania! Zakopane lubię, Krupówki lubię, a i na Gubałówkę na piwko chętnie wyjadę, ale jak jest mało ludzi - najczęściej do Zakopanego jeżdzę jesienią) Czytam, że zakopiańskie pokoje zarezerwowane były na ten majowy czas na długie tygodnie przed, wiem od moich donosicieli, że pod Tatrami tysiące turystów (?), w Tatrach tłumnie w Kuźnicach, gdzie na wyjazd czekało się kilka godzin. I teraz widzę, że cała ta batalia o większe wagoniki, to było zawracanie d... Czekało się w Kuźnicach kiedyś, czeka się dziś. Teraz, o tej porze roku wagonik wywozi do góry nie 60, ale 30 osób, bo taki wymóg postawił park tatrzański. Zdaniem ekologów, obecny czas, kiedy szybko schodzi śnieg, to najgorszy okres dla przyrody na Kasprowym. Ludzie szukają odśnieżonych miejsc i masowo wydeptują roślinność; z kolei narciarze natrafią podczas jazdy na wystającą spod śniegu kosówkę i ścinają ją ostrymi krawędziami. Do tego wszystkiego denerwują się kozice, świstaki, złoszczą się przygodne niedźwiedzie, które czasem i tu zawędrują. Po kiego licha tu jeszcze człowiek! Tak źle i tak niedobrze. Cały Kasprowy, łącznie z otoczeniem tej góry i z kolejką, to bardziej humbug, niźli teren ciekawej turystyki i narciarstwa zjazdowego. Ale i tak lubimy tę górę i złego słowa na nią nie powiemy. No, chyba żeby... Natomiast pierwszy maja, to całkowite nieporozumienie. Niby święto kościelne, bo to święty Józef, także święto pracy, ale przede wszystkim dzień ogólnopaństwowej laby. Jakieś tam były w tym roku pochody, w Katowicach, słucham w radiu, z udziałem kilkudziesięciu osób, już nawet górnicy mają to rzekome święto w nosie. A kiedyś to oni nadawali ton temu dniu, dostawali kolejne ordery i kolejne premie. Komuna obrzydziła nam ten dzień do tego stopnia, że nawet nadawane w radiowej jedynce piosenki tamtych lat i przezabawne fragmenty sprawozdań z pochodów ani cieszą, ani złoszczą. Po prostu mamy to wszystko gdzieś. Polska, podobnie jak rok temu i wcześniej, zawiesiła prace na kołku, pozamykano większość urzędów, nie ma sklepów, jedynie w kościołach trochę ludzi, bo to nabożeństwa majowe. A jakby komu było mało, to za chwilę kolejny długi weekend i znów przepełnione hotele pod górami, schroniska w górach i zapełnione najbardziej popularne stoki górskie i szlaki turystyczne. Moje ścieżki rowerowe raczej puste, ale też nie jadę w tym czasie do Ojcowa, do Tyńca czy na Bielany do kamedułów. Mam ja swoje ulubione miejsca, zazwyczaj puste, bo w przeciwieństwie do Jacka, jeżeli już Krupówki, to senną jesienią, a skoro Pieniny, to niekoniecznie Trzy Korony, ale podszczytowe łąki, pełne ziół i zapachów. Był w tych dniach i Trzeci Maja, po Jedenastym Listopada chyba drugie polskie święto państwowe. A może akurat pierwsze? I na frontach kamienic i bloków wreszcie biało-czerwono. Dużo w tym roku flag państwowych, ale przecież Drugi Maja, to święto polskiej flagi. Szanujmy nasze wielkie symbole. Orła, Hymn, Flagę. Nic dla Polaka świętszego. "... i nigdy nie będziesz biała, nie będziesz czerwona. Ale biało-czerwona. Biała jak śnieżna lawina, czerwona jak puchar wina... Najukochańsza, biało-czerwona..." To Gałczyński; nie wiem czy dokładnie zapisałem, cytuję z pamięci. Tymczasem na obu krakowskich rynkach, na głównym i małym, nauka piosenek wojskowych, legionowych, biesiadnych. Patriotycznych. Jak zwykle w takim czasie, imprezę organizuje krakowski kabaret Loch Camelot, wodzirejem jest Kazimierz Madej, szef kabaretu i to on rokrocznie robi to z ogromną swadą. Niewątpliwie kabaretowi zawdzięczają krakowianie i zwykle tłumnie przybywający tu turyści, że śpiewamy ułańskie żurawiejki, pieśni legionowe jakby prosto z okopów, patriotyczne Czerwone Maki i Marsz Polonia. Ogromnie cenię sobie udział w tych, można tak powiedzieć, posiadach śpiewaczych. Jest na Rynku odświętnie, a jednocześnie całkowity luz. I wszyscy śpiewają. Choć mało kto z pamięci, bo żadna szkoła nie uczy patriotyzmu poprzez śpiew. Powiem więcej: jaka szkoła dziś w ogóle uczy patriotyzmu...
wtorek, 29 kwietnia 2008
Lanckorona, to jakby zupełnie wyjątkowe miasto. Miasto - nie miasto, po prostu miejscowość. Trzydzieści kilometrów od Krakowa i świat jest inny. Spokojny, wyważony, bez pośpiechu. Tu żyje się wolniej, tu trosk codziennych chyba mniej, a wszystko podparte niezwykłą atmosferą tego miasta. Piękny rynek lanckoroński, charakterystyczna zabudowa tej dawnej, dwunastowiecznej wsi. Z niewielkimi domami, które odmienne od wszystkich w sąsiednich wsiach. Domy z głębokimi podcieniami i szerokimi bramami, ale przede wszystkim piękne łamane dachy. To typowe tutejsze budownictwo. Pewnie, że wiele tu jeszcze domów nieodnowionych, ale te o które zadbano, zachwycają sylwetką, a przede wszystkim niecodziennością. To nie jest takie ot, budowanie. To jest lanckoroński styl w miejscowej architekturze. Nawet peerelowska niechlujność i bylejakość nie zdołały zniszczyć Lanckorony. I nic dziwnego, że w takiej atmosferze i takiej zabudowie kręci się filmy, seriale, sztuki teatralne, a aktorzy i znani ludzie przyjeżdżają tu o każdej porze roku.
Przyjeżdżają do "Pana Tadeusza". "Pan Tadeusz", to pan Tadeusz Lorenz, spadkobierca "Pana Tadeusza" od pana Tadeusza. Ojca dzisiejszego Tadeusza Lorenza. Zaś poprzedni Tadeusz, to przede wszystkim legionista z 1914 roku, co to wyszedł w sierpniu z krakowskich Oleandrów pod dowództwem Tadeusza Kasprzyckiego, a ten oddział stanowił zalążek nowego polskiego wojska. I nic dziwnego, że ojciec dzisiejszego pana Tadeusza był w zażyłościach z wielkimi ludźmi tamtego czasu. Przede wszystkim z komendantem Józefem Piłsudskim, ale także z Ignacym Mościckim, późniejszym prezydentem Polski, z Rydzem Śmigłym, późniejszym marszałkiem Polski, z Józefem Beckiem, późniejszym ministrem spraw zagranicznych. I oni wszyscy bywali w Lanckoronie. A kogóż z możnych nie było w lanckorońskiej willi "Pan Tadeusz". Przeglądam wpisy w księgach pamiątkowych, jakie pokazuje mi dzisiejsza właścicielka, Alicja Lorenz - Łomnicka, córka dzisiejszego pana Tadeusza. Wszyscy najbardziej znani aktorzy, pisarze, poeci, lekarze i kto tam jeszcze. Nie zdążyłem przejrzeć ksiąg przedwojennych, ale mogę powiedzieć z niewielkim błędem, że na pewno były w "Panu Tadeuszu" Loda Halama, Smosarska, Ordonka, byli Bodo i Dymsza, Brodzisz i Ćwiklińska. A jeżeli ktoś z nich nie zjawił się w Lanckoronie u Lorenza, to na pewno stracił pewną część swojego życia.
Nadrobiłem więc zaległości i wybrałem się do Lorenzów. Rozmawiałem przede wszystkim z osiemdziesięciopięcioletnim panem Tadeuszem Lorencem. Tym, którego ojciec wyruszył z Oleandrów. To dla wyjaśnienia, gdyby początek tej opowieści mógł się wydawać nieco zagmatwany. I opowiada pan Tadeusz, który pamięć ma wciąż dobrą, jak jako młode chłopie był za pan brat z tymi wielkimi nazwiskami. I jak przejął dom po swoim ojcu, i jak prowadził go wiele lat, aby jakiś czas temu przekazać rodzinną schedę córce Alicji. Ale pan Tadeusz wciąż jeszcze pomaga w gospodarstwie. I w gotowaniu, i w oporządzaniu domu, i w planach na przyszłość. I w takich tam różnych pracach domowych. Ale że wiek robi swoje, to trzeba zwolnić tempo. Ktoś opowiada, że pewna Amerykanka z Virginii, która zobaczyła pewnego razu Lanckoronę i "Pana Tadeusza" orzekła, że najchętniej schyłek swojego życia spędziła by w tym miejscu. A pani jest bywała, zna kawał świata i mówi, że takiego zakątka jeszcze nie widziała. Powiem na dodatek, że z Lanckorony , która położona jest na wyniosłym wzniesieniu, widać góry Beskidy Średniego czyli Makowskiego, a w niedzielę pokazała się Babia Góra. Cała jeszcze od dołu do góry ośnieżona. Bo w wysokich górach do tej pory duże śniegi. I w tym momencie dzwoni Wojtek T., z roweru w Lesie Wolskim i proponuje wspólne jazdy. "Stary - odpowiadam - jestem w jednym z najładniejszych miejsc w Małopolsce (mimo wszystko nie do końca podzielam pogląd pani z Virginii, że Lanckorona to absolutny cud świata), i rower zostawiam sobie na jutro, w Krakowie". I tak sobie myślę w tym momencie, że jest jeszcze Kasprowy do objechania na nartach, bo tam wciąż biało, a nic piękniejszego, niż narciarskie stoki, kiedy w dolinach już pełna wiosna. Skowronki, zieleń jaka tylko o tej porze roku. I dziewczyny w krótkich rękawach, i rozmowy o letnich wycieczkach, i wspomnienie zeszłorocznych plaż atlantyckich w Nowym Jorku. A na ten rok pozostaną, tak się obawiam, jedynie kamieniste brzegi Raby w Gdowie, pewnie latem Pilsko i Mogielica, na pewno Babia, może jakiś łatwiejszy fragment Orlej Perci. W Tatrach oficjalnie otwarto sezon letni i słyszę w tym momencie, że latem szosą do Morskiego Oka od Palenicy Białczańskiej dziennie wędruje nawet dziesięć tysięcy osób. Wypoczynek w górach. Ktoś tam namawia na Zamojszczyznę, znam ją jedynie bardzo fragmentarycznie sprzed wielu, wielu lat, kiedy przejazdem z Krakowa wybraliśmy się rodzinnie pierwszym autem, trabantem limuzyną (tak się oficjalnie ten plastikowy gigant nazywał) przez Lubelszczyznę i właśnie zamojskie do Puszczy Augustowskiej. Zachwycił wówczas Kanał Augustowski, budowany jakoś w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku przez generała Ignacego Prądzyńskiego, przywódcę Powstania Listopadowego. Była w tamtym czasie jedynie łopata, kilof i pewnie wielokrążek, a jakie cudo zbudowano. A tamte wakacje przypomniały się jako cudowne, bo i lata były młodsze, i dzieci małe, i problemy inne. A dziś te kiedysiejsze małe dzieci w dalekim świecie, widzenia rzadsze, z tym, że kraj tu znormalniał. I to ogromny pożytek tych zmian. Ja tu trochę za dużo o sobie i swoich, ale to chyba Lanckorona tak działa...
piątek, 25 kwietnia 2008
Wielkie afisze porozwieszane w Krakowie zapowiadają kolejny w tym mieście, marsz równości. Że niby są równi i równiejsi. Ci rzekomo nierówniejsi zapewne przy Grobie Nieznanego Żołnierza i pod oknem papieskim na Fraciszkańskiej będą skandować o swoich prawach, upominać sie o... No właśnie, o co? Na jednym z afiszów przeczytałem parę zdań wypisanych starszą ręką; ktoś modląc się w intencji Majchrowskiego, prosił prezydenta Krakowa, aby nie godził się na takie zgromadzenia. Osobiście są mi najzupełniej obojętni osobnicy homo, choć nie pałam do nich specjalną sympatią, bo... Otóż sądzę, iż ludzie tego pokroju powinni swoje uzależnienia i upodobania objawiać nie na ulicy i do tego w wyzywającym marszu, ale w domowym zaciszu. Tak, jak swoje zapatrywania hetero, osobnicy jednej i drugiej płci uważają za rzecz bardzo intymną i całkowicie prywatną. Nikt, absolutnie nikt nie zabrania mężczyznom uważającym inaczej, praktykowania swojej odrębności, i jest to z pewnością wymóg szeroko pojętego pluralizmu i swobodnego wyboru orientacji seksualnej. Nie może być inaczej we współczesnym społeczeństwie. Ale z kolei nikomu nie wolno ostentacyjne narzucać swoich orientacji - większości. Nie ma ulicznych marszów par męsko-damskich, nie ma nachalnej propagandy miłości hetero, choć ujrzy na ulicy raz i drugi przytulającą się do siebie parę, chłopca i dziewczynę. Osobiście również nie przepadam za tego rodzaju afiszowaniem wzajemnej sympatii, kładę to jednak na karb wybujałej nowoczesności. Uczucia są sferą dobrze pojętej intymności, i niechby już tak zostało Feministki urządzają swoje marsze w poczuciu rzekomej krzywdy, jaką wyrządzają im mężczyźni. Podobno traktujemy nasze panie mało delikatnie, w pracy bywają dyskryminowane i gorzej niż mężczyźni uposażane. Nie wiem, ale nie sądzę. Ale czy to by znaczyło, że my, panowie będziemy urządzać marsze maskulinistów? Bo pierzemy pieluchy (sam wyprałem ich tysiące, kiedy nie było jeszcze pampersów i takich tam nowoczesności), gotujemy obiady i chodzimy na zakupy? Także sprzątamy mieszkanie, bawimy się z wnukami (Kuba, kiedy był mały, a to było sto lat temu, wolał spacery ze mną niż z którąś z babć), naszym paniom ofiarujemy od czasu do czasu kwiaty. To wszystko mało? Chłopy, jak dalej tak pójdzie, to w poczuciu krzywdy trzeba nam będzie ruszyć w maskulinowy pochód i głosić nierówności, jakimi się nas obdarza. Z podobnej łąki, też o zwierzętach. Patrzę na zakopiański proces przeciwko trojgu turystom, którzy kilka miesięcy temu zabili w dolinie Chochołowskiej małego, młodego niedźwiedzia, bo rzekomo zagrażał ich życiu. A oni po prostu karmili kanapkami dzikiego zwierza, a ten kiedy kanapek zabrakło, dopominał się, po zwierzęcemu, o dalsze jedzenie. I wtedy zestresowani turyści najpierw zwierzaka ogłuszyli, a potem utopili w potoku. Jak obliczył jakiś mędrzec, ten zabity niedźwiedź stanowił dwa procenty tatrzańskiej zwierzyny. Nie wiem co postanowi sąd, na ile uwierzy oskarżonym, ale wszyscy zeznający świadkowie i eksperci uważają, że ludzie postąpili bardzo nieroztropnie, a wręcz barbarzyńsko, wdając się z niedźwiedziem w przyjazne sjesty. Które po prostu musiały zakończyć się złością niedźwiadka. A tę, przygodni turyści odebrali jako niebezpieczną agresję. I nie wiele myśląc, ze strachu przywalili królewiczowi Tatr. Jest na świecie pięć tysięcy gatunków zwierząt zagrożonych, w tym niemal wszystkie, jakie znamy w naszym kraju. Sarny, które jeszcze stosunkowo niedawno spotykałem na trasie moich wędrówek, dziś niemal całkowicie niewidoczne. Wyginęły, pouciekały przed ludźmi, zabiła je nowoczesność?. Toteż jakież było moje zdumienie, kiedy niedawno ujrzałem w pagórkach krakowskiego Sikornika stadko saren, a innym razem małego koziołka na łąkach wokół lotniska w Balicach. Ale zajęcy to już w ogóle. Trafi się jeszcze jakaś kuropatwa, co to spod nóg na łące wyskoczy, trafi się stado dzików, ale one bez strachu i pod dom podejdą i zryją ziemię w poszukiwaniu jedzenia. Pamiętam przed laty zagubionego zająca, który tuż przed meczem na stadionie Wisły zaplątał się na boisku i przerażony kicał w koło nie bardzo wiedząc co z sobą zrobić. Dziś taki obrazek jest nie do pomyślenia. Innym razem moja jamniczka Skierka pogoniła lęgnące się bażanty w lasach podkrakowskich. I było ogromnie przykro, że nie upilnowałem psiaka i spowodowałem popłoch w gnieździe. Teraz już nawet grzybów nie znajduję, a co dopiero zwierzaków. Rozgorzała gorąca dyskusja wokół obywatelstwa polskiego przyznanego Rogerowi, od brazylijskiej piłki. Z jednej strony grajek by się przydał reprezentacji, z drugiej jednak, nadawać tak ogromne wyróżnienie ot tak, z marszu? Sam nie wiem co o tym sądzić. Notka. Dziękuję Pani MagCisz. za wpis. To wyprowadzanie dziecka na spacer jest poprawne, choć może lepiej by zabrzmiało z psem. Natomiast chętnie przytoczyłbym jakieś wydumane albo zupełnie niezrozumiałe sformułowania prawnicze czy też określenia wzięte z potocznego języka. Pozdrawiam wzajemnie.
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Redaktor współczesny powinien mieć na wyposażeniu (terminologia wojskowa) nie tylko notatnik, magnetofon, aparat fotograficzny, długopis i co tam jeszcze w pracy dziennikarskiej potrzebne, ale przede wszystkim nóż. Sprężynowy, składany, kindżał. Jakikolwiek, ale nóż. Redaktor Salvatore J. przed paroma tygodniami usiłował na jednym z krakowskich skrzyżowań umyć szybę w stojącym na światłach samochodzie (nie wiem jak w innych miastach, ale w Krakowie owi myjący to dość popularna instytucja), lecz właściciel nie wyraził na to zgody. Kiedy myjca nie ustępował i dalej maział szybę brudną gąbka, kierowca wysiadł z auta i osobiście poprosił człowieka, aby odstąpił od mycia. Wówczas tzw. usługodawca wyciągnął z kieszeni nóż i kilkakrotnie ugodził nim kierowcę w brzuch. Po czym oddalił się przez nikogo nie niepokojony. Kierowcę zabrało pogotowie ratunkowe, a lekarze przez kilka godzin walczyli o jego życie. Pacjent przeżył, ale jego stan był przez kilka dni krytyczny. Policja wszczęła dochodzenia i poszukiwania i po około dwóch tygodniach zatrzymała nożownika w którymś ze śląskich miast. I co się okazało. Salvatore J. jest od wielu lat człowiekiem bezdomnym, utrzymującym się z czego się da. Mył szyby na skrzyżowaniach, czasem coś ukradł, coś tam użebrał, czasem pisał. I w tym momencie prasa nazwała go redaktorem. Tak, redaktorem. A skoro redaktor, to i dziennikarz. Bo Salvatore J. pisał podobno w internecie. Przesiadywał w internetowych kawiarenkach całymi godzinami i swoje głębokie przemyślenia kierował do różnej maści internautów. Zapewne równie mądrych i głęboko myślących, jak on sam. Miał Salvatore jakiś swój kącik w którejś z gazet lokalnych, ale przede wszystkim miał niepohamowane ambicje i charakterek. I onże redaktor Salvatore wyciągnął pewnego dnia nóż i niemal śmiertelnie ugodził nim człowieka. A kiedy media dowiedziały się o jego internetowej przeszłości pisarskiej, z miejsca nazwały go redaktorem. I nie jakimś tam w cudzysłowie, ale po prostu redaktorem. Jest więc Salvatore moim kolegą po fachu, podobnie zresztą, jak i inni "redaktorzy" z "Super Expressu", którzy parę tygodni temu wykonali telefon do pani Sowińskiej, rzeczniczki praw dziecka zresztą, i podając się za przedstawicieli Radia Maryja i osobiście jego dyrektora, besztali ją za jakieś jej pomysły odnośnie seksu małolatów. I Sowińska, jak podała prasa, w pokorze i czołobitności obiecała rzekomemu dyrektorowi rozgłośni wycofanie się ze swoich pozycji. A potem gazeta obszernie opisała wyczyn swoich "redaktorów", a ja już słyszę rechot panów dziennikarzy, kiedy uznali, że ich dowcip był przedni, a nielubianą przez nich kobietę ośmieszyli i wydrwili. Jeżeli to wszystko ma stanowić dzisiejsze dziennikarstwo, to ja dziękuję. Nie chcę się utożsamiać z chamstwem na łamach i w eterze. Z tymi wszystkimi prymitywami w telewizyjnych stacjach komercyjnych i radiowych, z pohukiwaniem, wrzaskiem i grubiaństwem. Z dowcipami na poziomie rynsztoka, ze słownictwem, które na dobre zawładnęło niemal wszystkimi kanałami w tv. Z manierami a la Salvatore. Nie żebym raz i drugi nie przeklął, abym udawał świętoszka i narcyza, czytał jedynie żywoty ludzi natchnionych. Nie widział tego, co wokół. Rozumiem, że świat się zmienia, że inne dziś kryteria i kanony, ale zawsze musi obowiązywać jakiś porządek rzeczy. Który nożownika nazwie bandytą: szalikowca, który chce zabić policjanta określi także mianem bandyty a nie pseudokibicem: zaś bandziora, który zadzwoni na policję o podłożonej rzekomo w budynku bombie nie przedstawi jako dowcipnisia, ale powie, że to potencjalny zbrodniarz, stanowiący ogromne zagrożenie publiczne. Aha, Salvatore. J. został przedstawiony do nagrody blogera roku i społecznego dziennikarza 2007. Naszej codzienności nie sprzyja także medialne słownictwo. Medialne i sądowe. Jeżeli czytam w gazecie, że na rok i osiem miesięcy pozbawienia wolności sąd skazał Grzegorza Ż .(znów te inicjały już po procesie i prawomocnym wyroku !) za wyprowadzenie ok. 400 tysięcy złotych z zakładów mięsnych, to mnie cholera bierze. Ów Grzegorz Ż. kiedyś prezes FOZZ , po prostu pieniądze ukradł, a nie wyprowadził. Wyprowadzać można dziecko na spacer, pieniądze się najzwyczajniej kradnie. Podobnie jak alkohol się pije, a nie spożywa. Popełnia się samobójstwo przez powieszenie, a nie przez samozapętlenie ( terminologia prokuratorska). I dlaczego czytam, że "trzeba było dysponować specjalną przepustką", zamiast po prostu "potrzebna byla przepustka". Ta pozorna kolorowość zdań zuboża nasz język, podobnie jak te wszystkie "przyniesłem, zaniesłem, podjełem, wziełem. Dzisiej i tutej." I tak by wymieniać w nieskończoność. Równie trudno mi zrozumieć, dlaczego w nekrologu pani Iksińska nazwana jest "zasłużonym nauczycielem", jakby określenie "zasłużona nauczycielka" miało być mniej honorowe. Milczą na ten temat wojownicze feministki Rozmawiałem niedawno z profesorem Walerym Pisarkiem, wybitnym językoznawcą i uroczym gawędziarzem. I takeśmy sobie opowiadali o tej naszej dewastowanej polszczyźnie i naleciałościach, których nie sposób chwilowo zlikwidować. A niechże ten sklep będzie otwarty przez 24 h, skoro to dla właściciela bardziej honorne. Chyba, że zastosujemy paragraf o prawnej ochronie języka polskiego... A jak podoba się prawniczy zwrot, czyli bełkot: uprawdopodobnienie sprawstwa podejrzanego? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
AUTOR/E-MAIL
NOWY BLOG
POLECAMY
PSPL
|